niedziela, 16 grudnia 2018

Dzień 18. O przyjaciołach i żmijach.

Hejo! Obudziłam się, czyż to nie cudowne? :)) I podbudowana tą wspaniałą wieścią po trzech dniach konkret snu wracam do was z kolejnym postem, podziękowawczo-rozkminowym tym razem. Dzisiaj będzie komunikat wdzięcznościowy systemu do moich bliskich, także zapinajcie pasy i jedziemy.

Na początek Jan Chrzciciel codzienny:

,,Pytały go tłumy: «Cóż więc mamy czynić?» On im odpowiadał: «Kto ma dwie suknie, niech [jedną] da temu, który nie ma; a kto ma żywność, niech tak samo czyni» (Łk 3, 10-11)

Może ten fragment zapadł mi w pamięć, bo go wrzucili wczoraj w nieszpory. Nie wiem, ale na pewno miałam takie myśli po nim, że heh, jakie to chrześcijaństwo jest proste. Takie banalne rzeczy mamy robić, czemu świat w ogóle jest takim okropnym miejscem, skoro według Biblii tak niewiele potrzeba, żeby było dobrze. Ale w sumie, nie jestem pewna, czy to rzeczywiście aż tak proste, jak się wydaje. Wszyscy jesteśmy strasznymi egoistami, w codzienności, nawet takie proste gesty, jak podzielenie się czymś, czego nam zbywa, są dla nas bez sensu, bo przecież to moje. I już, pozamiatane w kwestii pomagania innym. I niby tak łatwo być chrześcijaninem, a zarazem tak trudno. Bo co mnie to właściwie obchodzi, że komuś czegoś potrzeba, to jest kwestia mnie, mojego zbawienia, ja i Bóg i starczy. Czasem, jak sobie uświadomię takie rzeczy, to aż mnie to śmieszy, jakim osłem czasem bywam, że mi się takie myślenie wydaje logiczne.

A jednak, czasami niektórzy ludzie coś zauważają, jakiś brak w tobie, potrafią zaoferować jakąś część siebie komuś, kto nawet nie prosi. I tacy ludzie to jest naprawdę manna z nieba, zwłaszcza dla kogoś jak ja, kto buduje wokół siebie 10 warstw muru i jeszcze to wszystko odgradza ostrokołem. Chyba nic mnie tak nie przeraża w życiu jak drugi człowiek, świadomość tego, że mogę potrzebować czyjejś pomocy, obecności, że czasami jestem zmuszona narazić się na zranienia. I najczęściej, gdy przychodzi co do czego i pasowałoby powiedzieć, że ktoś mi jest potrzebny ja dalej mam postawę na zasadzie ,,po moim trupie". A wiecie, że mimo tego ludzie przylatują na moją orbitę? To jest coś niebywałego dla mnie. Chyba nie znam bardziej niepełnosprawnej społecznie osoby od siebie, a mimo to spotyka mnie życzliwość. Mimo wszystkich ,,ale" są ludzie, którzy kiedy mam ochotę wrócić do domu i wyć, potrafią mnie złapać za fraki, posadzić na krześle i powiedzieć, że mamy ważne koło z osteologii, więc siedzisz i się uczysz tu razem ze mną. Są tacy, którym kiedy ledwo widząc litery przez łzy wysyłam przeprosiny za to, że ich zasmucam swoimi problemami potrafią odpowiedzieć wiadomością o treści ,,Julka dołuj mnie!!!!!". Są ci, którzy po prostu przy mnie siedzą, wysłuchują mnie, podają mi chusteczki i tulą, kiedy tego potrzebuję. Są ludzie, którzy się modlą, nawet nie proszeni, są tacy, którzy przypominają mi, że Bóg jest nawet kiedy siedzę w najczarniejszej dupie życia. Są tacy, którzy pytają, proszą, przyjdź, tyle mogę dla ciebie zrobić.


Nie starczyłoby dnia, żeby to wszystko wymienić, ale ci, o których mowa, myślę, że już o tym wiedzą. Słuchajcie dziś ewangelii, bo to o was moi drodzy. Wy jesteście tymi, którzy oddali jedną suknię, podzielili się żywnością. Przyszyliście do mnie z pomocą, o którą nie miałam odwagi prosić. Dziękuję wam. Z całego serca. I będę się za was modliła, bo nie wiem, co by było, gdyby nie wy.


Tu koniec części podziękowawczej, stawiam oficjalną kropkę. Dalej nie będzie żadnych komunikatów adresowanych do was , można tu zaprzestać lektury. Teraz będzie Jan Chrzciciel strikes again, tym razem bardziej personalnie do mnie, przynajmniej takie mam wrażenie.

«Plemię żmijowe, kto wam pokazał, jak uciec przed nadchodzącym gniewem? Wydajcie więc owoce godne nawrócenia; i nie próbujcie sobie mówić: "Abrahama mamy za ojca", bo powiadam wam, że z tych kamieni może Bóg wzbudzić dzieci Abrahamowi. Już siekiera do korzenia drzew jest przyłożona. Każde więc drzewo, które nie wydaje dobrego owocu, będzie wycięte i w ogień wrzucone». (Łk 3, 7-9)

Ciekawe, że ten fragment jest trzy wersety wcześniej niż poprzedni. Albo może mi się to wydaje ciekawe, że musiałam się cofnąć tylko trzy krótkie wersety w tył, żeby usłyszeć coś, co mnie wyrwie ze snu i uświadomi mi, kim jestem. To całe ,,pokolenie żmijowe" to przecież o nas, o mnie. O nikim innym.

Pamiętam, że powiedziałam raz księciu, że chciałabym być miłosną terrorystką. Kimś, kto kocha tak bardzo, że ludzie tego nie są w stanie zrozumieć, że to im kradnie cały spokój. I faktycznie, to moje marzenie, ale jednocześnie lubię chodzić na łatwiznę. Za dużo razy sobie wmawiałam, że potrzeba nie wiadomo czego, żeby kochać, za dużo razy ignorowałam takie proste rzeczy, zwykłe drobne gesty życzliwości. I wkręcałam sobie, że to mnie zaprowadzi nie wiadomo jak blisko Boga, że jakimś heroicznym poświęceniem stanę się w 5 minut święta i po robocie. Widzę teraz w jak wielką pułapkę pychy wpadam. W swoich oczach mogłam być już natychmiast wzięta ,,z butami do nieba" a brakowało mi tak podstawowych rzeczy jak pokora i posłuszna służba. Nie chciałam jakichś głupich drobnostek w moim życiu, które mogłyby mieć znaczenie dla kogoś innego. Chciałam od razu jakiegoś goliata miłosierdzia, coś takiego, że jak to zrobię, to Bóg aż siądzie z wrażenia i powie wow. I może ja też wtedy w końcu, raz w życiu powiedziałabym wow, chociaż raz doceniłabym siebie za cokolwiek.

Kto jest w drobnej rzeczy wierny, ten będzie też i w wielkiej. Ta taka ogromna miłość, która mi się uwidziała to wynik codziennej pracy, codziennej modlitwy i coraz większej liczby takich malutkich, codziennych miłości. To jest ten ,,owoc" o którym Jan mówi. I nie było go, bo jak mógł być? Za dużo było we mnie pewności siebie, żeby chcieć powolutku pracować nad swoimi owocami i prosić Boga o pomoc.

Ale wiecie co, nie łamię się. Wiem, że nie będę nigdy tak wspaniała w miłosierdziu, jak mi się zdawało, że mogę. Takim prawdziwym terrorystą miłości, to właśnie jest Bóg, to On ma takie przebaczenie i taką ,,siłę rażenia" że ja nie mogę sobie po prostu spokojnie stać z daleka i mówić, spoko, mogę żyć bez takiej miłości. Nie mogę kurde! Chcę tego doświadczać, skoro nie ma jej we mnie.

Miałam dzisiaj pisać o moich przyjaciołach i zrobiłam to, ale zapomniałam jeszcze o tym najważniejszym. Bo nie wiem, ale nie sądzę, żebym mogła mieć kiedykolwiek lepszego ziomka niż Jezus. On jedyny nigdy nie postawi na mnie kreski, nigdy sobie nie odpuści, nie powie ok, nie chcesz mnie, to ja nie chcę ciebie. On jest tym, który zawsze wraca i zawsze mówi kurde, daj sobie pomóc dziewczyno, nie widzisz, że jestem tu dla ciebie, że czekam? I nawet teraz, dziś po tym wszystkim co zrobiłam, jak Go obrażałam, jak Go chciałam wywalić z mojego życia, On nie odpuścił, wrócił, żeby mi powiedzieć, że robię źle. Żeby mnie upomnieć, z tej zwariowanej, za dużej do ogarnięcia miłości, żeby nie pozwolić mi odejść. I żeby mi wybaczyć i to wszystko naraz, każdy mój brak miłości.


I niech mi ktoś powie, że jest coś większego niż Boże miłosierdzie. Śmiało, moimi argumentami skopię mu metaforyczny tyłek. Nie ma nic większego od Jego litości. Skoro nawet nade mną jeszcze po tym wszystkim co się stało się ulitował.

Yolo, stay tuned
I nie śpijcie, bo już prawie święta!


Kocham cię, wiesz?

sobota, 15 grudnia 2018

Dzień 17. O miłości i słoniu w pokoju

Miałam w sumie nie pisać dziś, bo śpię naprawdę na pełnej parze, ale w sumie co mi szkodzi, i tak już nie chce mi się zakuwać histologii.  Najwyżej o dupie maryni będzie ten post.

Ktoś by się mógł oburzyć pewnie, bo przecież w tytule jak byk stoi, że będzie o miłości, to przecież nie byle co. Ludzie w sumie często mówiąc na ten temat zaczynają ,,z wysokiego c" od razu od górnolotnych słów i nie wiadomo czego właściwie, dokładnie tak samo jak w dyskusjach na naukowe tematy w telewizji. A niepotrzebnie, uważam, że żeby zaczynać o czymś mówić, trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie o czym się mówi, wyjść od najprostszych definicji. Wtedy rzecz staje się zrozumiała dla obydwu stron. Dlatego ja, chcąc mówić o miłości między mną a księciem, też chyba powinnam sobie najpierw zdefiniować miłość in general. I spróbuję, bo czemu nie?

Kiedyś po rozmowie z przyjacielem na ten temat stwierdziliśmy zgodnie, że miłość to konsekwencja w działaniu i to nie byle jakim, w czymś ukierunkowanym na dobro drugiej osoby. Bo uczucia są oczywiście ważne, są początkiem, pewnym fundamentem miłości, ale koniec końców nie motywują wystarczająco do upartego dbania o kogoś, przynajmniej mnie. Może jeszcze by wystarczyły, gdyby się nie zmieniały, tymczasem u mnie tysiąc zmian na minutę. I nie da się na tym oprzeć, potrzebny jest konkret, jakaś decyzja np. tak, będę konsekwentnie uprzejma, troskliwa, czuła dla kogoś, nawet jeśli ten ktoś będzie mieć to totalnie w nosie, i tak będę. To jest coś z czym mi już łatwiej byłoby działać. Bo jest pewien imperatyw ze środka człowieka, jakieś poczucie, że chcesz szczęścia, dobra tej drugiej strony, ale nie oszukujmy się, że potrafimy ze szlachetności serca działać w trybie jednostronnym. Może bez uogólnień, ja nie potrafię. Każdy prędzej czy później zaczyna się zachowywać jak palant, wtedy od razu ci ustępują motylki w brzuchu, górnolotne hasła o tym jak to ci zależy na czyimś powodzeniu wietrzeją z głowy. Wtedy właśnie to jest miejsce na wolę, na konkret decyzji; tak, będę chciał i starał się o dobro nawet dla ciebie-palanta. To jest coś, z czym mi przynajmniej łatwiej byłoby funkcjonować, co łatwiej dopasować do realiów życia.

No i w sumie powiem wam, nie wiem jak to w końcu było z nami. Myślę o tym i nie umiem tego sklasyfikować w żadnych rozsądnych kategoriach miłosnych. Lubiłam dostawać kwiaty, być zabierana na spacery czy noszona na rękach. Doceniałam czas, który spędzaliśmy, lubiłam swobodę tej naszej relacji, zaufanie jakie do siebie mieliśmy, nasze rozmowy, przyjaźń. Czasami śniły mi się jakieś moje marzenia typu, że książe przede mną klęka, a ja mówię tak,czy że nosimy na baranach nasze córeczki, czasami uśmiechałam do wiadomości czy naszych zdjęć i z takim uśmiechem zasypiałam lub budziłam się. I w sumie tyle, nie wiem co więcej. Wszystko, czego mi teraz brakuje w ogóle nie sięga jakiś głębszych emocjonalnych warstw, niczego, co by pasowało do moich definicji. Teraz patrząc na to z perspektywy czasu owszem widzę próby takiej konsekwencji w działaniu, jak najszczersze dobre chęci, jednak ostatecznie wciąż kończące się fiaskiem, powodujące jakieś dziwne uczucie żalu, niedosytu. W sumie nic trwalszego, bardziej wyrazistego oprócz takich prostych, głupich wspomnień z czasu kiedy było dobrze. Miłych wspomnień, oczywiście, ale jednak czy właściwie aż tak ogromnie ważnych? Miłe rzeczy zdarzają się ludziom całe życie, codziennie i to tylko od nich zależy ile tak naprawdę

Byliśmy dla siebie ważni, to jasne, ale teraz sądzę, że zabrakło czegoś solidnego, pewnego rodzaju ,,tła" tych wszystkich miłych rzeczy, jakiegoś logicznego uzasadnienia, konkretnego wyboru. Za to aż nadmiar uczuć i to najlepszy dowód, że nie wystarczają, bo teraz nawet nie ma po nich śladu. No, może oprócz żalu. Stało się coś złego, jakaś nasza wspólna ziemia się zatrzęsła i gdzie się podziały uczucia? Jest taki idiom elephant in the room który oznacza takie coś, co wisi w powietrzu a o czym się nie mówi. I między nas do pokoju wszedł właśnie taki słoń jednej wielkiej pretensji do siebie nawzajem i żadne z wcześniejszych uczuć nie jest w stanie go unicestwić. I sobie tak stoi między nami, oboje udajemy że go nie widzimy, a nie da się normalnie rozmawiać dopóki jest. I tak w kółko, non stop wszystko co się stało do mnie wraca. Myślę, że gdyby między nami wcześniej było więcej solidnej pracy i decyzji, teraz byłoby zupełnie inaczej. Mielibyśmy się na czym oprzeć i to by było coś wytrzymalszego niż ulotne zakochańcze fiu-bździu. Ale niestety woleliśmy przez ten rok bawić się w rozemocjonowane dzieciaki i trwonić czas na zabawę i puste słówka.

W sumie nie wiem jaki ma sens taka diagnoza post mortem teraz. Może mi jakoś to pomaga, czy ja wiem, znaleźć balans win w tym wszystkim. Bo owszem, to nie ja brałam i oszukiwałam. Ale również ja nie ruszyłam dupy kiedy należało i nie chciałam zdecydować się na nic konkretnego. I koniec końców też ja przyczyniłam się do tego, że teraz nie ma czego z nas zbierać.

A może to wszystko gówno prawda i miłość jest zupełnie czymś innym? Już straciłam trochę orientację w tych wszystkich wyjaśnieniach i ,,uporządkowaniach".

Bóg miłością, to pewne. On jest kimś kto potrafi konsekwentnie być dobry. Kimś kto wybaczy najgorsze gówno największemu dupkowi, bo tak zdecydował się kochać, jeśli tylko będzie chciał się zmienić. On idzie tam gdzie są trędowaci i prostytutki, żeby im powiedzieć, że jest dla nich miłość.

A czasem mam butthurt wiecie, że nie można mieć pewności,czy ktoś chce się zmienić. Ale tak se myślę, Bogu to chyba jednak gorzej, skoro jest wszechwiedzący i nawet jeśli ktoś się nie zmieni, mimo najszczerszych chęci, to On to już wie. Damn...

Dzisiaj już chyba koniec tych truizmów. Do jutra.

(i bardzo piękna piosenka, polecam)


Bo nie wiem czym jest miłość...

piątek, 14 grudnia 2018

Dzień 16. O byciu złym człowiekiem.

Hej. W sumie nie wiem, dlaczego chcę na ten temat dziś pisać. Większości z was pewnie moje słowa wydadzą się bez sensu i może faktycznie takie są. Mniejsza o to.

Ten post to będzie jedna wielka litania o mnie. W sumie cały ten blog nią jest, ale dzisiaj wspinam się na wyżyny mojego egocentryzmu. Tylko ja i ja, zawsze tylko ze sobą. I dzisiaj przynajmniej tak zostanie. Ktoś mógłby zapytać, jak to tylko ze sobą, a co z księciem. Owszem, jest. Ale to moja relacja do mnie jest tym ,,ogólnożyciowym" problemem. Przewlekłym ropniem, po medycznemu. Czymś co się nie goi, nie przechodzi, pęka, babrze się i cały czas boli. Tym właśnie byłam sama dla siebie od zawsze. O tym chciałabym wam dzisiaj opowiedzieć.

Ludzie z pewnością nie rodzą się źli, jestem tego pewna. Może to nie tak, że jesteśmy jako niemowlęta zupełnie czystymi kartkami, bo Bóg nas wyposaża w sumienie, jakiś moralny kompas. Ale to dopiero zalążek moralności, świat domaga się podzielenia na kategorie ,,dobry" i ,,zły", bo jak inaczej w nim żyć? I tą rolę, przyporządkowania rzeczom etykiet przydziela się rodzicom, którzy w większości wywiązują się z tego obowiązku. Problemem staje się tylko dbałość o szczegóły. Jeśli w ferworze walki dorośli zapomną włożyć samo dziecko z jego wszystkimi uczuciami do szufladki z napisem ,,dobro", pojawiają się dość duże komplikacje. To dziecko nie jest złe ani takie się nie staje, po prostu nie potrafi się odnaleźć pośród tego, co dobre, jednocześnie czując, że samo nie pasuje, nie wie jakie jest, jakie powinno być, skoro dano mu do zrozumienia, że nie zasługuje na miłość. Po takiej sugestii nie stajesz się zły, takie rzeczy mogą sugerować tylko skończeni idioci. Ale trudno ci zrozumieć, co to znaczy być dobrym. Trudno ci dopasować się do jakiejś postawy, która zdaje się być w sprzeczności z tobą. Bo skoro miłość jest dobrem, a ty na nią nie zasługujesz, to czym to właściwie czyni ciebie?


Zdaję sobie sprawę, że to może brzmieć jak mowa trawa, jak gadki mające usprawiedliwić bycie gnojem ze strony wszelkiej maści gnojów. Trudne dzieciństwo blablabla jasne. Ale uwierzcie mi, takie rzeczy się dzieją, wiem, bo ich doświadczyłam. Co to jest trudne dzieciństwo? Czy wam się wydaje, że potrzeba przemocy czy nadużyć seksualnych, żeby ktoś cierpiał w swojej rodzinie? Otóż nie, wystarczy bardzo, bardzo niewiele - tylko nie wspierać, nie współczuć, nie pomagać, dawać do zrozumienia, że mógłbyś być kimś lepszym. To już w zupełności wystarcza dla małego, dziecinnego serca.

I to zajmuje lata, żeby dojść do tego oczywistego stwierdzenia, że czyjeś niesprawiedliwe zdanie na twój temat jeszcze z automatu nie czyni cię złym. Niby taka prosta rzecz, a trudna do przyswojenia. Jeśli się żyje w przekonaniu o czymś, trudno od tego odejść. Trudno się pozbyć wrażenia, że nawet jeśli robisz coś dobrego, to jest mniej warte, bo jesteś tak w głębi duszy kimś gorszym. Pojawia się dysonans, rozbieżność pomiędzy rzeczywistością, a tym co czujesz. Nie ma jak zidentyfikować tego, jakim się jest człowiekiem naprawdę. Chcesz być dobry, postępować dobrze, bo to dał ci Bóg i masz w swoim sercu poczucie, że dobro jest czymś dla ciebie. A jednocześnie czujesz się tak potwornie zły, tak nie wystarczający w niczym. Jakbyś nie miał prawa być szczęśliwy. Nie widzisz nawet sensu się starać o cokolwiek lepszego, czujesz się na starcie skazany na porażkę.

Można by długo na ten temat pisać, ale myślę, że tym którzy to znają już zrozumieli co mam na myśli. Bo w gruncie rzeczy myślę, że nie jest łatwo takie coś zrozumieć. Takim ludziom jak ja bardzo ciężko jest żyć wśród innych ludzi. Bardzo. Wszędzie towarzyszy ci strach i poczucie niedopasowania, niezasługiwania na niczyją sympatię. Z każdej strony otacza cię pogłębiający się smutek. To jest trudne do zniesienia. Skutecznie uniemożliwia wybaczanie sobie. A kiedy pojawiają się rzeczy, które należałoby wybaczyć to już w ogóle zaczyna się jazda do kwadratu, bo nagle się okazuje, że niczego nie potrafisz sobie wybaczyć. To nie tak, że jesteś słabym człowiekiem, któremu mogło się coś nie udać i który może coś naprawić. Ty jesteś w swoich oczach małpą w ludzkiej skórze, która powinna być dla dobra społeczeństwa poddana eutanazji. Gdy zdarzy ci się zrobić coś złego, zyskujesz tylko namacalny dowód na to, jak niewiele jesteś wart.

Żyjąc w takiej niepewności co do siebie, kwestią czasu, przynajmniej dla mnie było zwrócenie się przeciw sobie samej. Rozróżnianie tego co dobre i złe, gdy sama sobie wydawałam się zła, zawsze było trudne, z czasem ta granica rozmywała się coraz bardziej.  Wbijanie sobie szpilek w dłonie, gryzienie się, uderzanie różnymi przedmiotami, to wszystko wydawało się niemal właściwe i dobre, gdy się na to patrzyło pod kątem zasługiwania. Ból wydawał się na miejscu dla kogoś takiego. Jawił się jako odpowiednia kara za niewystarczającą ilość siły do bycia dobrym, bo przecież jest się tylko gównem. Nawet śmierć już przestaje odstraszać. Powinna być straszna i zła, dla tych którzy sprawiają, że inni ludzie są szczęśliwsi. A co z takimi pasożytami jak ja? - myślałam. I nie potrafiłam znaleźć jednoznaczniej odpowiedzi, przynajmniej nie od razu.

Dzisiaj myślę, że to była najważniejsza i najlepsza decyzja mojego życia, zwrócić się do Boga. Alternatywą dla mnie była tylko śmierć, realna, której wręcz pragnęłam, która byłaby końcem wszystkich problemów. I jestem farciarą, że w odpowiednim momencie miał mi kto pokazać że istnieje takie coś jak miłosierdzie, że ktoś może mi zaoferować wybaczenie, nawet kiedy nie mam go sama dla siebie. Ci, którzy tego dokonali, wiedzą, że to o nich mówię. Błogosławię was w myślach i nie przestanę póki żyję, moi kochani. Bardzo dużo łaski mnie spotkało przez wasze ręce, Bóg to z pewnością widział. Od tamtego czasu jest inaczej, łatwiej mi definiować dobro i zło w odniesieniu do Tego, który jest dobrem. Lżej mi też myśleć o samej sobie, dzięki temu że zostałam zbawiona, wiem, że śmierć nigdy nie była jedyną możliwą drogą dla mnie.


A jednak coś takiego jest w człowieku, że gdzieś tam, głęboko, chowa wszystko co przeżył. I ze mną też tak jest, nie będę ukrywać, że nie wszystko z mojej przeszłości jest przezwyciężone. Czasem, kiedy jest źle, pewne rzeczy powracają i szczególnie dotkliwie sprawa ma się w kwestii obwiniania się i niezdolności do wybaczenia sobie. Dokładnie to się dzieje teraz.

Wiem, że nie jestem zła. Jestem tego pewna. Ale jednocześnie czuję się winna, czuję, że nie zrobiłam dość, że nie zapobiegłam niczemu. Nie umiem sobie tego wybaczyć  i to powoduje taki straszny gniew we mnie. Bo nie jestem zła, wiem, że nie jestem, a czuję się jak zły człowiek. Ktoś kto widział, że coś się dzieje i odwrócił wzrok, poszedł sobie.

Zostawiłam go samego, całkiem samego z jego problemami, dlatego zaczął brać.

I Bóg mi to wybaczy, bo jest miłością, wiem to. Ale on nie i ja sobie tym bardziej. W takich chwilach czuję, że powinnam uciec od ludzi i nigdy nikogo nawet nie próbować kochać. Bo jeśli kocham całym sercem i takie rzeczy się dzieją, to co to jest za miłość? Co komu po czymś takim?

Już wiecie wszystko o mnie. Teraz już w dobrym tonie wydaje się zamilknąć, przynajmniej do jutra.



If I just saved you

czwartek, 13 grudnia 2018

Dzień 15. O planowaniu, próbowaniu i bezsilności.

Hello, world. Być może wam czas mija równie powoli co mi, i macie tyle czasu do zmarnowania na czytanie tych głupot, co ja na pisanie ich. A może nie, w sumie nie życzę wam tego. To nienajlepsze uczucie kiedy ci wszystko jedno i masz ochotę zatrzymać czas w miejscu, byle tylko wszyscy się od ciebie odczepili. Nie życzę nikomu. Tak czy inaczej, wróciłam, żeby zmarnować chwilę na pisanie o moich planach i staraniach. Zechcecie, posłuchacie i git, nie - też git. Wszystko git.


Z pewnym rozczuleniem wracam teraz myślami do chwil, kiedy moim głównym hobby było myślenie o wspólnej przyszłości z księciem. Nie do uwierzenia, jak drobne szczegóły codzienności potrafiły stanowić obiekt moich westchnień. Owszem, większe rzeczy też, ale obok marzenia o tym, że się pobierzemy, że wyjedziemy gdzieś daleko i będziemy mieć gromadkę dzieci, potrafiłam marzyć o tym, że będziemy razem spacerować po naszym ogrodzie. Albo o tym, że będziemy razem kroili warzywa do zupy na obiad albo całowali się w czoło na dobranoc. Bardzo drobne, takie głupie i nieistotne rzeczy stanowiące elementy normalnego życia były dla mnie jakimś synonimem szczęścia. Nie wydawało mi się, że potrzeba nie wiadomo jak doniosłych wydarzeń, kiedy samo bycie razem już było tak cudowną perspektywą. Potrafiłam nawet uważać, że będzie ok, nawet gdy nie będę miała ciekawej pracy, wykształcenia czy możliwości, jeśli on mnie będzie chodził ze mną na zakupy i przykrywał mnie kocem, kiedy zasnę na kanapie. Zdumiewam się teraz, jak bardzo człowiek głupieje, kiedy tak się zakocha.

I czasem taki uparciuch wychodził ze mnie, gdy pojawiały się symptomy tego co potrzebne, żeby od planów przejść do działań. Wkręciłam sobie, że wszystko tak właściwie w moich rękach, że im bardziej się postaram, żeby było dobrze, żebym poszła na terapię, im bardziej będę ciężko pracować nad tą relacją i dbać, żeby była coraz lepsza, tym szybciej to wszystko się stanie, tym pewniejsze będzie, że moje marzenia się spełnią. To było bardzo naiwne z mojej strony, ale jakie inne mogło być, kiedy ja sama byłam tak naiwnie pewna jego uczuć? No i uparłam się na niego, na to życie z nim, zdecydowałam się w sobie, że tak, to ten na zawsze, koniec kropka. I dobrze mi było z tym wyborem, sądziłam, że mam tyle szczęścia, że taki człowiek mnie chce, byłam pewna, że jest wart wszystkiego, co najlepsze. Bez przerwy myślałam, co jeszcze można zrobić, żeby było lepiej. Nie było to trudne do wymyślenia, oboje chorowaliśmy, więc było dużo rzeczy do zrobienia i dobrze, myślałam, i cieszyłam się na taką ilość pracy. Wydawało mi się to cudowne, taka możliwość harowania razem nad sobą, taki ekspres do marzeń. Im więcej rzeczy udawało nam się naprawić, tym bardziej cieszyłam się. Robiłam wszystko, co widziałam, że jest do zrobienia i non stop się modliłam. Boże jaki ty jesteś wielki, że dajesz mi szansę. Boże bądź uwielbiony w tej pracy. Boże jak ja ci dziękuję. Blablabla, latałam trzy metry nad ziemią, bo taka byłam pewna, że wystarczy zrobić wszystko i już, każde moje marzenie się spełni. Bo czemu miałoby się nie spełnić, skoro ja się tak staram?


Uśmiecham się do tych wspomnień teraz, tak jak dorośli czasem uśmiechają się do dzieci. Poza krótkimi momentami załamań mam świadomość, że Bóg nie zniszczył mi planów. Bóg nie chciał, żeby książe został narkomanem, myślę, że zrobił wszystko co się dało, żeby go powstrzymać przed braniem. Czy ja zrobiłam wszystko..prawdopodobnie nie, bo nie rozumiałam, jak poważny to jest problem, ale myślę, że i w tej kwestii ostatecznie moje starania były by warte nic ponadto, co cała reszta.Czyli nic, teraz w sumie po prostu nic. Dałam z siebie maksimum zaangażowania, po to aby ten związek się udał, wszystko co byłam w stanie wtedy z siebie dać. Może to było mało, ale to było moje wszystko, a naprawdę chciałam się leczyć, postarać na te więcej niż 100%, dać już nawet to we mnie do czego nie mam dostępu, co wymaga pracy i będzie okupione cierpieniem, ale jeszcze przecież tam jest, nieoddane. Tak, żeby oddać już wszystko, całe życie. I ten plan nie udał się, został przerwany w połowie realizacji i teraz się zastanawiam nad tym, czy nie słusznie. Czy nie po to rozlecieliśmy się na kawałki, żebym ja zobaczyła, że sama tego nie dokonam? Że wszystko co mam w sobie nie wystarcza, nigdy nie wystarczy?

Bo nie wystarczyło, choć to było wszystko co miałam, taka jest prawda. Przy całej swojej deklarowanej miłości i poświęceniu, przy całej mojej pracy nad tym, żeby było dobrze i wszystkich moich modlitwach przyszedł ten straszny dzień bezbronności. Ze świadomością wszystkich moich starań stanęłam naprzeciw faktu, że on może wcale nie zechcieć z tym zerwać i przestać ćpać, całkowicie bezsilna. Wszystko co robiłam okazało się niczym, nic nie mogłam zrobić w tej kwestii, nic nie mogłam na to poradzić. Żadne z moich wysiłków nigdy nie mogły sięgnąć tak daleko. Wszystko kończyło się w punkcie zrozumienia, że jeśli on zechce się zaćpać, jeśli zechce oszukiwać mnie i brać do końca życia, ja nic z tym nie zrobię. Bo nic nie mogę, po prostu.


I wiecie, wtedy pomyślałam o tym, jakie to może być uczucie być Wszechmogącym Bogiem, bezsilnym wobec grzechu takich małych mrówek wszechświata, jakimi jesteśmy. Stwarzasz gościa czy gościówę i cały świat dla niego, otaczasz opieką, przysięgasz na samego siebie ,,jesteś wolny, wszystko cokolwiek zechcesz, rób, a ja ci obiecuję, że cię uszanuję" bo kochasz go cholera tak bardzo, że chcesz mu dać tę wolność, nie chcesz psa na łańcuchu, a prawdziwego serca, które czuje coś naprawdę. I możesz kuźwa obrócić cały ten świat w proch i masz nieograniczone niczym możliwości, a nie możesz zatrzymać takiej jednej małej osoby przed ćpaniem. I wiesz, że to jest złe, wiesz, że to ją zabije i zniszczy i to ci łamie serce, ale dałeś słowo i jesteś bezsilny. Mogąc wszystko, nie możesz nic.

To jaka jest inna opcja, spytacie? Pogodzić się z tym, że nasze wszystko nie wystarcza, że jesteśmy gównem, któremu nic się nigdy nie uda? Nie mieć marzeń? No nie, nie sądzę, że taka przesada w drugą stronę jest dobra, ludzie przecież pracują nad osiągnięciem swoich celów i codziennie komuś gdzieś tam coś się udaje. Ale może nie mówić sobie od razu na dzień dobry, uda się, bo się postaram. Lepiej jest się postarać i dać z siebie te 100%, potem się nie zastanawiasz, co by było gdybyś zrobił więcej. Ale mieć z tyłu głowy to, że ponieważ ludzie są wolni czasem wszystko po prostu trafia szlag i to niezależnie od tego ile harowałeś, jak bardzo chciałeś, jak bardzo kochałeś. I taka porażka, czy ja wiem, może jest dobra. Może pozwala zobaczyć, że Bóg nas kocha mimo tego, że tyle tego gówna na świecie. Że czasami nie robi nic bo my tak strasznie chcemy, że nie widzimy zła. Myślę, że ze mną tak było, jeśli pozwolił żeby to się stało, to po to, żebym zobaczyła, że było to zło i było go bardzo dużo w życiu księcia. A nie widziałam, tak strasznie się zakochałam, że zamknęłam oczy.
I może po to, żebym przestała grzeszyć pychą. Żebym zobaczyła, że czasem przegram i to nie musi być złe. Ostatecznie nawet ja mam na tyle rozsądku, żeby wiedzieć, że być żoną narkomana byłoby do dupy. I pewnie w krótkiej perspektywie wdową. Chyba już lepiej tak cierpieć, jak ja teraz.


Mimo wszystko, nie żałuję, że się postarałam na maksa. Dzięki temu wiem, że to miało wartość.

Na dziś tyle. Do usłyszenia jutro.




Bez zbędnych słów.

środa, 12 grudnia 2018

Dzień 14.O wywalaniu mapy. O braku luster w psychiatrykach.

Ciężko dzisiaj wyrywać te słowa z siebie, mam bardzo dużą ochotę spać, pewnie już częściowo zasypiam, dlatego pewnie powinnam jak najszybciej to napisać. I postaram się, zrobię co w mojej mocy.

Wyobraźcie sobie taką sytuację, turysta sobie idzie w górach po szlaku, nagle pieprznie burza i gość schodzi z trasy, niby debil, ale jeżeli np. poza szlakiem są drzewa pod którymi można się schronić, to zachowanie nabiera więcej sensu. A co powiecie o kimś kto wyrzuca mapę, bo nie zamierza wracać na szlak? Takiego klienta już chyba nic nie uchroni od niepochlebnego osądu, w końcu szlak to szlak, zawsze dokądś prowadzi, w odróżnieniu od reszty terenu.

Idziesz sobie jakąś drogą w życiu, wydaje ci się, że jest ok, masz mapę i kompas, wiesz dokąd idziesz i chcesz tam się znaleźć, nie błądzisz. I nagle pojawia się taka burza, jakiej nigdy dotąd nie widziałeś, nie ta z rodzaju ,,jakoś to będzie", taka na którą jeden rzut oka wystarczy, żeby wiedzieć, że nie dasz rady z tego wyjść w całości. Nie wiem co robią normalni ludzie w takich sytuacjach, wiem, że ja podskoczyłam ze strachu, rzuciłam na ziemię manatki i zaczęłam biec jak najdalej od tej drogi wywalając mapę i wszystko co by mi pozwalało wrócić. Nie wiem co wtedy myślałam, wiem, że zrobiłabym to samo jeszcze raz, mimo tego, że teraz się konkretnie zgubiłam i nie mam pojęcia gdzie jestem. Nie obchodzi mnie, że poza szlakiem też są burze, nieraz pewnie gorsze. Dla mnie ta najgorsza zdarzyła się tam i nie chcę tam wracać, gdzieś mam takie drogi na których są rzeczy które cię rozdzierają na pół. Niech ci, którzy się czują dość silni, dają się rozdzierać.

Wiem, że to naiwne i głupie, że nie da się uciec od zła i cierpienia. I co ta wiedza zmienia, powiedzcie mi?  Czy w jakiś sposób mam się czuć lepiej wiedząc, że poza Bogiem nie ma szczęścia? To dlaczego nie ma Go na Jego drogach? Ile tych cholernych kilometrów, zanim się dojdzie do tego miejsca bez bólu?

To żadna nowość dla Niego, że się modlę żeby mnie zabrał. Nie potrafię znosić tyle ile zsyła w nieskończoność, a jakoś wciąż żyję. Nie umiem tego pojąć. Nie robi mi to różnicy, niech zwala się na mnie cały gnój tego świata, ale razem z siłą, żeby to nieść. Inaczej zawsze będę spierdzielać z tej drogi i wyrzucę każdą mapę. Bo to jest sadyzm, dawać ciężar a nie dawać mięśni. Jestem tylko małą głupią baba, procentowy udział tkanki mięśniowej w moim ciele i tak nigdy nie przekroczy 50%.


Nie ma lustra w moim pokoju i dobrze. Gdybym była dyrektorem szpitala psychiatrycznego, kazałabym zabrać wszystkie lustra. Chory psychicznie człowiek nigdy do końca nie wie kim jest, kiedy widzi swoją twarz, to może niepotrzebnie się łudzi. Ja byłam kimś, kim już nie chcę być. Może kimś dobrym, ale kimś kto musiał bardzo dużo czuć i znosić, ale nie protestowałam, mówiłam ,,Jezu, w twoim krzyżu jest moja siła, przytul mnie do swoich ran". Myślałam, że jestem błogosławiona, skoro cierpię z powodu próbowania być wierną Bogu, myślałam, że tak jest dobrze. Że On mnie pokrzepi, pomoże mi to nieść. I czułam, że to robi, naprawdę widziałam, że Jego łaska mi daje życie w tym wszystkim, co uśmierca. I co się stało, to już nieaktualne? Nie ma już więcej łaski dla mnie?
Nie wiem kim jestem teraz. Prowadzę jakieś cholerne życie na autopilocie, poza krótkimi momentami nie czuję prawie żadnych emocji. Może z wyjątkiem rozpaczy, ta szmata rzeczywiście pojawia się często, bez słowa się wślizguje do głowy cokolwiek robię, bez krztyny litości, bez wyjaśnienia. Nie wiem co mówić ludziom, jakie słowa przeciągać przez gardło. Czuję, że nie kłamię tylko wtedy, kiedy mówię, że jestem senna i zmęczona. To właśnie jest prawda, tym teraz jestem.
Zmęczonym, nie rozumiejącym, nie potrafiącym nic naprawić człowiekiem, który tylko ciągle płacze, nie wiadomo już nawet dlaczego. Nie wiem, co to za twarz, którą widzę. Tylko jedno wielkie zrezygnowanie w oczach, tylko przygryzione wargi i łysiejąca głowa, nic więcej. Po co mi lustro? Jaka przyjemność z oglądania czegoś takiego?

Więc jeśli są tu jacyś ludzie, którym na mnie zależy, to mam do was prośbę. Nie pytajcie mnie co się dzieje, co czuję, czego bym chciała, nie dawajcie mi znać, że czekacie, nie pokazujcie na zegarki dając do zrozumienia, że czas mija bo ja o tym wiem. I nie macie monopolu na prawdę, więc nie potrzebne mi wasze opinie, nawet jeśli uważacie, że przesadzam, że to za długo trwa, że nic się nie stało, że będę jakoś z tym żyć. Nawet jeśli będę, to nie wiecie co ja czuję. Ja też nie wiem, więc przestańcie się zachowywać jakby było na odwrót. Bo się mylicie, po prostu się mylicie.

Pozwólcie mi płakać po prostu. Dajcie mi chodzić w czarnych ubraniach i być w żałobie. Czy wam się to podoba czy nie, w dużej części umarłam. Chcę opłakać tę stratę w spokoju, pozwólcie mi.

I jeśli potraficie, nie bądźcie szorstcy. Ja dam sobie radę bez waszej czułości, na pewno. Mówię tylko o tym, co moglibyście zrobić, jeśli byście chcieli.

Śnieg pada, wiecie? To dobre, spójne, niemal poetyckie. Złamał mi serce zimą, mam dodatkową wymówkę dla zimnych rąk.

A teraz dobranoc. Róbcie, co musicie.


You're so cold. Keep your hand in mine.

wtorek, 11 grudnia 2018

Dzień 13. O koszmarach i obiedzie.

Dzisiaj będzie bez rozkmin, kilka słów o moim samopoczuciu po tym okresie ciszy. O tym ,,cierpieniu pełną parą". Jest we mnie imperatyw, żeby to napisać, co wtedy czułam. Moi bliscy przyjaciele, a nawet czasami zwykli znajomi pytali, a ja nie umiałam jakoś tego zebrać do kupy. Teraz już chyba potrafię.

Czasem to były jakieś meliny typu dworzec albo metro, brudni ludzie w łachmanach leżący na ziemi, widać że żywi, ale bardzo zmarznięci i jacyś tacy chorzy z wyglądu, kasłający czy coś. I książe chodzący pomiędzy nimi, szukający miejsca żeby usiąść. Często też jakieś takie chore postacie z filmów, jacyś narkomani o takim anemicznym wyglądzie, bladzi lub sini, z zapadniętymi policzkami, podkrążonymi oczami, wypryskami na twarzy, znowu brudni, znowu on między nimi, wyglądający tak samo jak oni wszyscy. Ale najgorszy był ten pierwszy sen, nie wiem czemu najbardziej mnie wytrącił z równowagi. Nie pamiętam go w całości, wiem tylko, że książe siedział na podłodze mojego domu i płakał, pytając czemu go nie kocham, czemu nie możemy być razem. Podchodziłam do niego, tuliłam jego głowę i całowałam ją, głaskałam go, zaczynałam pocieszać. On podnosił dłonie żeby mnie objąć i wtedy zauważałam, że z jego rąk leje się krew. I zazwyczaj to był moment, w którym się budziłam.

Nie pamiętam kiedy się zaczęły te sny i moje problemy z zasypianiem. Pamiętam za to doskonale kiedy się zaczęły inne problemy. Padało, to był wtorek, byłam niewyspana, bo zerwałam się w środku nocy, a nie mogłam spać w dzień, bo jak zwykle miałam za dużo nauki. Siedziałam w kuchni nad talerzem obiadu i przypomniałam sobie ten dzień kiedy razem z księciem zrobiliśmy sobie piknik przed zachodem słońca. Jedliśmy pierogi z garnka i piliśmy herbatę z takich termokubków. Rozpychałam się łokciami i zabierałam mu widelcem wszystkie kawałki tak dla zabawy. Śmiał się, a i tak zostawił ostatniego dla mnie. Bardzo lubię to wspomnienie, ale tamtego dnia na myśl o tym z jakiegoś powodu zrobiło mi się strasznie niedobrze, musiałam odłożyć widelec i wstawić jedzenie do lodówki. ,,Zjem później" pomyślałam, ale później też nie byłam w stanie. Wszystko się zepsuło, wyrzuciłam cały talerz z moim obiadem trzy dni później.

I to w sumie była taka moja codzienność wtedy, koszmary, wspomnienia, nauka i ,,zjem później". I jeszcze codziennością były modlitwy a'la gdzie ty teraz jesteś Boże. Bo to mi się nie mieściło w głowie, że miałby być gdzieś obok mnie kiedy ja się czuję tak strasznie. Strasznie to dobre słowo. Byłam przerażona, że to się nigdy nie skończy. Że już zawsze te uczucia we mnie, te koszmary, to wszystko zostanie takie samo, nic się nie zmieni na lepiej.


A tak zmieniając temat, dziś wstałam o 4 nad ranem i poszłam odmawiać jutrznię z neosiami z mojej parafii. How crazy is that? :) Chyba brakuje mi mojego ramu, śpiewania jutrzni razem. Nie wyspałam się, ale nie żałuję. Nikt nie śpiewa piękniej niż Neo :) Podobno pierwsi chrześcijanie zbierali się razem o świcie na nabożeństwa. Może dlatego w jutrzni śpiewa się ten kawałek o wschodzącym z wysoka słońcu. Może to takie porównanie, że Bóg tak jak słońce, oświeca tych którzy mają za ciemno w życiu? Którzy nie widzą, gdzie jest to światło i potrzebują aż takiego czegoś jak słońce, żeby wszystkie ciemności zniknęły? Nie wiem, może. Nie jestem dobra w takie interpretacje.

Wrzucę wam chociaż ładną piosenkę, żeby trochę zrównoważyć te dziwactwa o których piszę. Myślę, że znacie, każdy zna takie ładne piosenki o miłości. Bo wiecie, takiej prawdziwej miłości to mogłabym szukać nawet o 4 nad ranem. Całe życie kurde będę szukać.
Jeśli istnieje poza tobą, Jezu. Coraz bardziej w to wątpię, że ktoś poza Tobą ją ma.

Na dziś basta.


Łysa śpiewaczka.

poniedziałek, 10 grudnia 2018

Dzień 12. O ciszy i zimie.

Dobry wieczór, moja widownio, hej waszym oczom i metaforycznym uszom. Dziś posłuchacie (jeśli chcecie) bajki o niedźwiedziach, takich zwykłych brunatnych miśkach. I trochę o pogodzie, bo to się ściśle wiąże w powyższym.

 Dzieciom często się mówi, że niedźwiedzie zapadają w sen zimowy i to prawda, jednak nie każdy zdaje sobie sprawę, czym z biologicznego punktu widzenia jest ten ,,sen". Bo nie jest to z pewnością taki rodzaj snu w jaki zapadamy co noc. Wręcz na odwrót, ten tzw. sen zimowy dzikich zwierząt to jest pewien rodzaj tymczasowej, bardzo głębokiej hibernacji, porównywalny pod względem reaktywności na bodźce zewnętrzne z poziomem przytomności człowieka w całkowitej narkozie. Takie zwierzę nie jest w stanie się obudzić z powodu np. hałasu, całe jego ciało niejako ,,zmienia tryb pracy" przystosowując się do tych specyficznych warunków otaczającego świata, cały metabolizm zwalnia nastawiając się głównie na katabolizm brunatnej tkanki tłuszczowej, w celu zapewnienia najważniejszej, głównej czynności życiowej tj.utrzymania ciepła. Wszystkie inne funkcje życiowe zmniejszają swoją intensywność do niewiarygodnego poziomu, takiego, jaki nigdy się nie zdarza poza okresem zimowym. I ja na przykład czytałam mojemu kuzynowi gdy był mały bajki o misiach którym śni się zimą ul pełen miodu i teraz, kiedy dorosłam, jestem szczerze zawiedziona tym oszustwem jakiemu byłam poddawana i jakie sama rozprzestrzeniałam. Miś w stanie hibernacji nie ma snów.

I co to ma do rzeczy? Właściwie prawie nic, tak mi przyszło do głowy, bo kiedyś miałam taką myśl która mnie rozbawiła z tym związaną.

 ,,Drogę dla Pana przygotujcie na pustyni, wyrównajcie na pustkowiu gościniec naszemu Bogu!" (Iz 40, 3)

Na początku ewangelii według świętego Mateusza jest fragment o tym, że Jan Chrzciciel wychodzi na Pustynię Judzką, żeby lepiej usłyszeć Słowo Boże i jako ,,głos wołającego na pustyni" zachęca do nawrócenia przed przyjściem Pana. Kiedyś medytując to Słowo miałam bekową według mnie myśl, że Jan wyszedł na pustynię, ale było tam tak cicho, pusto i nudno, że zahibernował się jak niedźwiedź i stwierdził, że poczeka aż ten Mesjasz w końcu przyjdzie. Nieśmieszne, wiem. Ale ja jako dziwak, śmiałam się z dwie minuty. Nie wszedł w stan hibernacji, bo przecież ,,wołał" z tej pustyni, no chyba, że robił to przez sen, nie wiem. Ale nie sądzę, nie poszedł tam w końcu, żeby spać, tylko żeby słuchać.

I ja po kilku dniach rozmawiania z księciem po tym, jak poznałam prawdę, stwierdziłam, że najwyższy czas wypierdzielać na pustynię. Nie dlatego, że jakoś desperacko chciałam usłyszeć Słowo, o nie, to zdecydowanie za wysoki poziom dla mnie. Po prostu czułam, że potrzebuję chwilowego odcięcia się, byłam przed ważnym kolokwium z anatomii i potrzebowałam skupić się na nauce, a rozmowy z księciem, mimo szczerych chęci pozostawały trudnym i męczącym mnie psychicznie zdaniem.Powiedziałam tylko nie chcę rozmawiać, odezwę się po kole i znikłam. Chyba też trochę sądziłam, że jak odpocznę, częściowo ,,przeboleję" to wszystko, będzie mi łatwiej znaleźć z tego wszystkiego jakieś wyjście, takie które Bóg by pochwalił. Takie dobre. Trochę chyba wyobrażałam sobie, że idę na pustynię, jak Jan, i tak samo usłyszę coś, jakąś wskazówkę, jak żyć z tym wszystkim dalej. 

No i uczyłam się, bardzo ,,ostro" jeśli się tak mogę wyrazić, zdałam wszystko co było do zdania i po fakcie usiadłam z całkowitą pustką w sercu i głowie rozumiejąc tyle co wcześniej, czyli prawie nic. Cały ten czas pracowałam tak ciężko, że nie miałam czasu ani ochoty wracać myślami do problemów, od których chciałam odpocząć. To nie była żadna pustynia, zwykła hibernacja, sen, przestawienie metabolizmu na tryb ,,nauka-sen-jedzenie" i nic więcej. Taki czas nie mógł pomóc w niczym. I kiedy zniknęło to, czym wypełniałam sobie ten czas ciszy, całe to cierpienie i rozgoryczenie, że Bóg nic nie powiedział, chociaż chciałam, żeby to zrobił, wróciło do mnie ze zdwojoną siłą. Teraz, patrząc z dystansem, wiem, że wcale tak naprawdę się nie uciszyłam i nie słuchałam, mimo iż tak twierdziłam. I to dość oczywiste, jednak kiedy się jest bardzo nieszczęśliwym, trudno zobaczyć coś poza swoim nieszczęściem. Dlatego wtedy stwierdziłam, że takie bycie cicho nie ma sensu, że Bóg najwidoczniej ma to gdzieś i nic nie odpowie na moje pytania, a ja muszę po prostu zacząć cierpieć pełną parą zamiast to tłumić i mieć nadzieję, że w ten sposób, czy ja wiem, może szybciej skończą mi się łzy. Tak, chyba taka była moja logika wtedy. I tego postanowiłam się trzymać.

Może i dobrze, wiecie, bo gdybym tak jak Jan wysłuchała się w siebie i poprosiła Boga o komentarz, jeśli usłyszałabym tylko ,,nawróć się", to i tak bym tego nie przyjęła do wiadomości. Wtedy dla mnie takie rady były gówno warte po prostu.

W międzyczasie przyszła zima do miasta, wyciągnęłam moją zimową kurtkę z szafy i pomyślałam sobie, że takim misiom to fajnie, może i nie myślą, ale też nie czują, niczego, bólu też. I to była bardzo fatalna myśl. Gdyby nie takie jak ona, nic złego by się ze mną nie stało.

O, a w ogóle, to ucieszyłam się dziś :) i to tak szczerze. To było miłe, lubię takie momenty większej pobudki. Może są dobrym znakiem?

Papa wszystkim, nie zasypiajcie, jeśli nie musicie do jutra.








I'll stay with you tonight